Koncerty

Ania Wyszkoni- będziesz mnie obchodzić

Ta relacje jest dla mnie czymś szczególnym. Jest powrotem do dnia sprzed 17 lat, kiedy jako licealistka dane mi było po raz pierwszy zobaczyć na scenie młodą dziewczynę w powyciąganym czarnym swetrze i glanach. Kalendarzowo dzieli nas rok a muzycznie myślę, że bardzo podobnie odbierałyśmy wówczas świat. Utwory „Czy to grzech?”, „Anastazja”, „Nienawiść”- mocno wryły mi się w pamięć a szczególnie słowa piosenki „Opowiem wam moją historię”- „Kochaj całym sercem wszystkich ludzi, bo lepiej mieć w sercu ranę, niż kamień zamiast serca”. Uwielbiałam je, te melancholijne, nieco depresyjne i buntownicze utwory połączone z delikatnym głosem Ani.

Potem byłam na koncercie zespołu Łzy jeszcze dwukrotnie, za każdym razem przeżywając je bardzo mocno. Kiedy więc Ania zdecydowała się na karierę solową, był to dla mnie cios. Ta muzyka bliska memu sercu, bo rockowa i ten wokal, który chwytał mnie za serce swoją rozpaczliwą tęsknotą stworzyły dla mnie coś niesamowitego.  I nagle tego zabrakło. Bardzo obawiałam się, że Ania  zniknie ze sceny, tak jak miało to miejsce już z wieloma wokalistkami, które decydowały się na pójście własną drogą. Uważam, że niewielu się to w pełni udało. Ania Wyszkoni jest jednak w tej grupie szczęśliwców, że nadal swoją muzyką gości w wielu polskich sercach. Kiedyś tą muzyką buntowała… Teraz uspokaja.

Ostatnio Ania Wyszkoni przeszła długą i wyboistą drogę w życiu prywatnym. Zdobyła bowiem swój prywatny Mount Everest. Nie będę pisać o szczegółach, bo to jej osobista sprawa, ale będąc na jej pierwszym majowym plenerowym koncercie w Żninie miałam wrażenie, że nauczyła się na nowo oddychać życiem. Może to tylko moja nadinterpretacja, lecz tak właśnie odebrałam ten jej koncert. Na scenie bowiem widziałam dojrzałą kobietę, pogodzoną samą ze sobą, która doskonale wie, co jest w życiu ważne… No, ale to w końcu relacja, a Występ był późno, bo o 21:30, cały rynek zapełnił się już dużo wcześniej. Ludzie w dobrych humorach, w oddali dochodził do mnie zapach grillowanego mięsa. Atmosfera sielska, jak na dzień wolny od pracy i codziennych trosk przystało. Koncerty plenerowe są zawsze trudne do zagrania. Przychodzą bowiem na nie różni ludzie, często z ciekawości, by zobaczyć gwiazdę, którą mogą oglądać w telewizji. Trzeba więc wykrzesać z siebie dużo energii, by nią zarazić przybyły tłum. Warunki też bywają trudne, bo to w końcu gra na świeżym powietrzu a czasem jest bardzo wietrznie, czy pada deszcz.

Jest mi zimno, stoję w drugim rzędzie z prawej strony. Niewiele widzę, ale nie to jest bynajmniej dla mnie najważniejsze. Żałuję tylko, że nie mam lepszego dostępu, by porobić parę zdjęć, bo przecież relacja będzie ładniejsza. Przede mną ląduje czarna kurtyna, a w tle słyszę intro z utworu „Oszukać los”, który pochodzi z najnowszej płyty wokalistki. Po chwili na scenie pojawia się Ania i zaczyna swój show. Tak, to jest show. Widzę to po animacjach i efektach wizualnych. To jest profeska, totalny szacunek dla odbiorcy. Ania ma gorące serce, które otwiera przed nami w swoich piosenkach. W swobodnym gitarowym tonie zaczyna śpiewać drugi utwór „Zanim to powiem”. Niby nowy to numer, ale ja przecież znam już tą całą płytę na pamięć więc zaczynam go sobie nucić pod nosem. Jest miło i sympatycznie, chwyta mnie za serce, gdy Ania wspomina o swoich dwóch największych skarbach- dzieciach, dla których napisała każde słowo do piosenki „Biegnij przed siebie”.

Po raz trzeci Ania powraca do najnowszego krążka, tym razem do utworu „Nie chcę cię obchodzić”, który od paru tygodni gości w radiach w całej Polsce. Utwór, w którym słyszę moją ukochaną gitarę. Bujają się moje ramiona, a nóżka wybija takt melodii. Po zakończeniu Ania bierze od fanów transparent z napisem „Będziesz NAS obchodzić”. Jest to niezwykle miłe. Zapewnia, że fani też będą ją obchodzić i że wszystko co robi, zawsze będzie robić dla nich. Dziękuje im pęknie za to cudowne wzruszające hasło. Mówi, że nie raz już przez nich uroniła łzę wzruszenia i myśli, że tak będzie przez przynajmniej następnych 20 lat, że zrobi wszystko, by tu na scenie stać chociażby tylko dla nich, do końca życia. A transparent zabierze ze sobą do domu i powiesi w ogrodzie. Mówi także o muzykach, którzy jej towarzyszą na scenie, gdyż dzięki nim za każdym razem przeżywa piękną muzyczną ucztę.

Ten ciepły nastrój wędruje z Anią do kolejnego numeru „Z ciszą pośród czterech ścian”. A mi niezmiernie podoba się aranż tego utworu. Na początku delikatny z pianinem i gitarą w tle a potem niezwykle leki, nieco swingowo-funkowy. Ciało me samo rusza się w rytm tej melodii. Nie sposób reagować inaczej. Całość zostaje dopełniona solówką gitarową Marka Rudulego.

To jest czas na zmianę stroju dla Ani (jak się potem okaże, nie ostatni). Po chwili pojawia się piękna, uwodzicielska i świetnie śpiewa z towarzyszeniem tym razem gitary akustycznej w kolejnym numerze z albumu- tym razem tytułowym „Jestem tu nowa”.  Ania bawi się znakomicie, widać , że ma energię. Pyta, czy mamy jeszcze siłę, by razem pośpiewać i zaprasza do wspólnego śpiewu o miłości, o tym jak w codziennych sprawach można się poukładać w piękną całość i rozpoczyna pierwszą zwrotkę piosenki „W całość ułożysz mnie”.  

Ania zdecydowanie jest kobietą, dlatego następny utwór: „Kobietą być” dedykuje paniom, a który opowiada o tym, czego kobiety pragnęłyby od mężczyzn. Zachęca panów do bardzo uważnego słuchania. I co ciekawe wspomina, że tekst o kobietach, jej manifest kobiecy napisał dla niej jej narzeczony.

A potem następuje powrót do przeszłości. Ania wspomina swój pierwszy występ na scenie, kiedy to zdobyła tytuł miss nastolatek gminy Krzyżanowice. Opowiada o swoich scenicznych marzeniach i że nie ma takiego drugiego miejsca. A gdy, miała 5 lat usłyszała piosenkę „Maria Magdalena” i zobaczyła występ Sandry, to powiedziała wówczas do rodziców, że będzie występować na scenie.

Ku mojemu zdziwieniu Ania zaczyna śpiewać ten utwór, by za moment opowiedzieć jak to schowała do szuflady wszystkie kasety Sandry i wyciągnęła z niej powyciągane swetry oraz czarne glany i zaczęła się buntować przeciwko całemu światu a piosenka Alanis MorissetteIronic” stała się wówczas jej hymnem.

W 1999 roku z kolei rozpoczęła się jej przygoda z telewizją. Pojechała bowiem do jednego z najpopularniejszych programów telewizyjnych i utworem „Długość dźwięku samotności” zespołu Myslovitz wyśpiewała swoją szansę na sukces.  Ania nawiązuje też do zespołu Łzy, o którym zrobiło się głośno za sprawą muzycznej historii utworu „Agnieszka”. Mam wrażenie, że chyba nie ma osoby w tym kraju, która by nie znała tego numeru. Publiczność w Żninie także go zna i śpiewa na całe gardło. A mnie ponownie zaskakuje aranż, tym razem w stylu reggae.

Opowiadana przez Anię historia kończy się rozstaniem po 18-latach z zespołem Łzy i stworzeniem ukochanej solowej płyty „Pan i Pani”, która moim zdaniem wywindowała ją od razu do pierwszej dziesiątki najlepszych polskich popowych wokalistek w Polsce. Oczywiście Ania ją śpiewa, tym razem jednak towarzyszy jej kamera, która rzuca obraz na scenę a ona podsuwa ludziom mikrofon, którzy bez zażenowania śpiewają: czy ten pan i pani, są w sobie zakochani. A potem robi sobie wspólne zdjęcie z fanami.

Dobra zabawa trwa w najlepsze także w piosence „Lampa i sofa”. Potem robi się już bardzo tajemniczo, ciekawe i delikatne intro z udziałem keyboardu nie zapowiada, że za chwilę będzie wielkie gitarowe jebnięcie, że będzie prawdziwy ogień na scenie. Tak, tak to czas na „Oczy szeroko zamknięte”. To powrót do czasów mocnego grania. Mam więc tą swoją namiastkę dzikiego i niekiełznanego grania. Serce bije mi mocniej. To jest doprawdy genialny aranż. Ale to niestety jest już koniec. Choć Ania przejęzycza się zabawnie i mówi, że będziemy się kończyć, po czym mówi do nas: ”W ten zimny, mroźny wieczór majowy,  ale naprawdę piękny dziękuję, że chcieliście spędzić te chwilę waszego życia ze mną i z moją muzyką.  Wystąpić dla was to był ogromny zaszczyt, wielkie wyróżnienie. Dziękuję wam pięknie, że jesteście i mam nadzieję, że będziemy szli razem moją muzyczną drogą przynajmniej przez kolejnych 20 lat a może nawet i dłużej.  Dziękuję Wam bardzo i kłaniam się nisko. Na zakończenie piosenka, której absolutnie zabraknąć nie mogło. To moja osobista muzyczna modlitwa. Wiem, że stała się modlitwą dla wielu z was”.

Moim oczom ukazują się wizualizacje. Czarno-białe zdjęcia otoczone białym tłem osób, które już odeszły od nas. Pojawiają się zatem twarze ludzi szeroko pojętej kultury i życia publicznego. Widzę więc: Prince’a, Davida Bowie, Freddiego Mercury, Jima Morrisona, Johna Lennona, Boba Marleya, Leonarda Cohena, Joe Cockera, Andrzeja Zauchę, Grzegorza Ciechowskiego, Marka Grechutę, Czesława Niemena, Agnieszkę Osiecką, Annę Jantar, Anię Przybylską, Gabrielę Kownacką, Danutę Szaflarską, Irenę Kwiatkowską, Romana Wilhemi, Jana Machulskiego, lady Diany, Tadeusza Mazowieckiego, ks. Jerzego Popiełuszki i wielu innych, których nie jestem wstanie teraz przytoczyć. Całość kończy się wizerunkiem Jana Pawła II. Przyznam, że mnie to wzruszyło.

Bardzo się cieszę, że dane mi było być na tym koncercie. Wiedziałam, że Ania Wyszkoni na żywo da sobie radę. Jednak chyba ten spektakl przerósł moje oczekiwania. To była doprawdy przyjemna, sentymentalna  podróż do przeszłości. Z całą pewnością udam się na jakiś klubowy koncert z jej najnowszym krążkiem, bo jest tego wart, bo Ania Wyszkoni nadal po tych 20 latach mnie obchodzi a bunt przerodził się w samoświadomość i akceptację świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *