Koncerty

Intymnie ubrana w czerwień Julia Marcell trio

Jesień… czas nostalgii, czas przemyśleń, czas chandry… Zapewne też, ale to również czas koncertów klubowych, które szturmem pojawiają się na stronach artystów. Wielkie trasy, wspaniali goście specjalni, przecudne scenografie…, ale też i małe, kameralne występy, na których artysta jest dla publiczności na wyciągnięcie ręki.

Tegoroczny sezon rozpoczęłam od intymnego spotkania z Julią Marcell w bydgoskim klubie Eljazz. To był mój trzeci koncert, zaczęło się od Blue Note’a w Poznaniu, potem był plener w Toruniu, aż w końcu do mojego rodzinnego miasta zawitała Julia Marcell trio.

Z czym mi się kojarzy ta artystka? Niewątpliwie z 3 rzeczami: czerwoną szminką, czerwoną gitarą i czerwonym korgiem. Kiedy myślę o Julii Marcell to w głowie mam też jej szeroki uśmiech, blond włosy i świetne parominutowe gitarowe  solówki, podczas których z jej ust nie padają żadne słowa. To jest czas, gdy słuchacz może zatopić się w dźwiękach. Może docenić, czym jest magia muzyki. Doszukać się smaczków i dostrzec wizję samego kompozytora, a że to właśnie aranże robią w muzyce granej w klubach różnicę, nie trzeba chyba nikogo przekonywać, kto choć raz na owym koncercie był.

Tym razem występ Julii Marcell po raz pierwszy w trzyosobowym składzie był spotkaniem kameralnym dla nieco ponad 120 osób. Gromkie brawa powitały artystkę, która rozpoczęła koncert utworem „Maryanna”. Nastrojową piosenkę o poszukiwaniu przez człowieka własnej tożsamości. Po raz pierwszy, ale nie ostatni utwór wykonany przy kompletnej ciszy, słuchającej w skupieniu publiczności.  To jest chyba to, co kocham najbardziej w klubach. Tego odbiorcę, który kupuje bilet i wie, na czyj koncert idzie. Tam przypadków raczej nie ma a słuchacz zna twórczość artysty. I tak naprawdę bardziej jara go muza, niż selfie, czy graf, które bynajmniej wcale nie są miarą udanego koncertu, co niestety nader często ma miejsce na koncertach plenerowych. Dlatego warto takie spotkania docenić i podjeść do nich z należytym szacunkiem, gdyż nie zdarzają się często.

Melancholijny nastrój został podtrzymany w kolejnym songu: „Dislocated Joint” z mrocznym tekstem, który przeszywa chłodem na wskroś.  „Im starsza się staję, tym więcej we mnie strachu. Białe pokoje, białe ściany i błyszczące metalowe części. Coraz łatwiej jest oszukać moje własne serce. Wystarczy trzymać je w niepewności, lecz nie pozwolić mu zgnić”.

Kawałek „Echo” z kolei zagrany na klawiszach i skrzypcach pobudził przybyłych do Eljazzu, którzy przyjęli go z wielkim entuzjazmem. Nic w tym dziwnego, w końcu doskonale znają utwór o gorliwym sercu.

Andrew” z portalu randkowego i Alejandro z Pharmaco w Chille zabrzmiał wyjątkowo przejmująco w towarzystwie pianina i skrzypiec Anny Mandy Prokopczuk (Mandy Ping Pong). A śpiewane przez Julię wersy: |„I czasem myślę, jak dziwnie, jak dziwnie być człowiekiem i bać się ducha własnego i nie móc nic” wybrzmiały dla mnie jakby na nowo i chyba inaczej je teraz rozumiem.

 Do „Tesko” Julia Marcell zabrała publiczność w dużo weselszym nastroju, a to za sprawą zabawnej sytuacji ze strojeniem gitary, wymiany zdań z Mandy Ping Pong, której marzy się być niewidzialną na scenie.  Swoją drogą uwielbiam soczysty tekst tego kawałka i ten wyraźny dźwięk gitary.

Następnie na warsztat Julia wzięła piosenkę Fiony Apple– „Hot knife”, który zaśpiewała wspólnie z Mandy Ping Pong i Gosią Dryjańską- wokalistką Oxford Drama, która dołączyła do zespołu na tą trasę. Świetnie wkomponowała tu się dream popowa shoegazingowa gitara, która akurat w tym miejscu skojarzyła mi się z Mary Komasą i jej kawałkiem „Come”.

Crows” z kolei zabrał słuchaczy do świata ambientu. Przyznam, że w takiej odsłonie to jeszcze Julii Marcell nie widziałam. I szalenie mi się ona spodobała, gdyż jestem fanem tego gatunku.

Po 37 minutach grania, nadszedł czas na mój ukochany utwór, który Julia skomponowała do spektaklu „Kronos”, powstałego na bazie dzieła Witolda Gombrowicza o tym samym tytule. Poprzedziła go ponownie barwna wymiana zdań pomiędzy Julią a Mandy Ping Pong, które grają już razem na scenie 10 lat (co zresztą widać i słychać).

Książka Gombrowicza okazała się nieprzedstawialna na scenie, dlatego reżyser Krzysztof Garbaczewski poprosił aktorów o to, aby napisali swoje kronosy. Jeden z nich- Adam Szczyszczaj wręczył Julii (kompozytorki całego spektaklu) 4 strony swoich spisanych intymnych wyznań… Ona przeczytała środkowe zdanie: „Chciałbym nie widzieć swoich rodziców nago” i odpowiedziała mu “dobra…” I tak oto powstała piosenka „Esemes”, niesamowicie osobisty i wrażliwy utwór. Ten klimatyczny nastrój powędrował także do kolejnej piosenki „Since” oraz przecudnie lirycznie zaaranżowanego kawałka Boba Dylana „Like a Rolling Stone”.  To była prawdziwa perełka i ta ambientowa znakomita końcówka, po prostu brak mi słów.

Na zakończenie 11 songiem, jaki zaprezentowała Julia Marcell trio był dream popowo zaaranżowany „Superman” zagrany z gitarą i skrzypcami oraz świetnym chórkiem Mandy Ping Pong.

Nic dziwnego, że zgromadzona w Eljazzie publiczność nagrodziła trio gromkimi oklaskami domagając się bisów, na które nie musiała długo czekać. Zagrany „Marek” a potem „Tarantino” ponownie pokazały nam literacki talent Julii. Tym razem ostatni song niewątpliwie dodał wszystkim energii i pozostawił w bardzo pozytywnym nastroju.

Cóż  więcej mogę napisać o tym koncercie? Na pewno był dla mnie zaskoczeniem. Nie spodziewałam się elementów dream popu i elektroniki połączonej z ambientem. Dla mnie to było połączenie fenomenalne, które zapamiętam na bardzo długo. Tym bardziej, że bardzo lubię barwę głosu, jaką posiada Julia Marcell. Drogi Eljazzie chciałoby się rzec: prosimy o więcej takich klimatycznych koncertów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *