Koncerty

Jazz Art Fashion Festival- koncert Kora i Maanam

Miało mnie nie być na Jazz Art Fashion Festival, bo to przecież daleko, 9h w podróży. Kiedy jednak koleżanka przesłała mi w czwartek wiadomość o tym koncercie, poczułam, że jednak chcę na nim być. Decyzja zapadła w piątek, to była krótka piłka. Przecież ja co jakiś czas lubię pojechać gdzieś dalej na koncert. Lubię tą kontemplację podczas podróży, czytanie książek, słuchanie muzyki i patrzenie na przemijający za oknem świat, a kiedy do tego za oknem jest piękne błękitne niebo spowite cudnymi kłębiastymi chmurami i słońcem, to są to dla mnie momenty, które sprawiają, że jestem szczęśliwa. Niby banalne, niby proste, ale cieszę się, że potrafię dostrzec piękno rzeczy, które mamy tak naprawdę na co dzień.

Kora w pewnym sensie była dla mnie autorytetem. Choć czasem ostra w swoich wypowiedziach, szorstka, to jednak odważna. Gdy trzeba było swoim wizerunkiem promować akcję, w którą wierzyła, że jest dobra, to nie wahała się tego zrobić. Jej śmierć, podobnie jak Zbigniewa Wodeckiego mocno zapadła mi w pamięć. Odchodzą bowiem przedwcześnie prawdziwi artyści, których nie da się zastąpić.

W moim czteroletnim muzycznym jeżdżeniu po Polsce przewinęły się m.in. koncerty “Cohen i kobiety” w Łodzi, “Obywatel G. C. TAK TAK 2.0.”  w Toruniu, czy “Serca Bicie- 10 festiwal Andrzeja Zauchy” w Bydgoszczy. Niezmiernie się cieszę, że miałam także okazję dwukrotnie obejrzeć  na żywo Zbigniewa Wodeckiego z Mitch&Mitch Orchestra w Sopocie i Gorzowie Wielkopolskim.

Kiedy jestem na tego typu koncertach, zwykle jazzowych, to jest to zupełnie inne doświadczenie, niż pojedynczy występ. Tam jest inna estetyka, inna publiczność i inne emocje. Lubię od czasu do czasu pobyć muzycznie w towarzystwie orkiestry i patrzeć na muzyków cieszących się po prostu z grania. Na ludzi, którzy są zawsze gdzieś z tyłu, bo przecież uwagę widza przykuwa najczęściej solista.

W Centrum Praskim Koneser tym razem miałam usłyszeć performance jazzowy, który miał być poświęcony pamięci twórczości Kory i Maanamu. Organizatorzy V edycji Jazz Art Fashion Festival tym razem postawili na nieco inną formułę. Zaprosili do współpracy Monikę Borzym, Anię Karwan, Kasię Lins, Karolinę Artymowicz i Arka Kłusowskiego. Każdy z wyżej wymienionych artystów miał zaprezentować po dwa utwory z repertuaru Kory i Maanamu a nad oprawą aranżacyjną i muzyczną czuwał zespół pod kierownictwem muzycznym Krzysztofa Mroziaka.

Do Centrum Praskiego Koneser dotarłam na godzinę przed rozpoczęciem koncertu. Usiadłam sobie grzecznie na kanapie i zaczęłam czytać ebooka o perfekcjonizmie. W pewnym momencie przed moim oczom ukazała się Ania Karwan w miodowym płaszczu niczym słońce rozświetlając pomieszczenie, w którym większość osób była ubrana na czarno. No nie dało jej się nie zauważyć!

O 20:40 zajęłam swoje miejsce i czekałam na występ, który rozpoczął 18 minutowy performance Aleksandra Dębicza. Wykonał on utwór “The union” stworzony z okazji  15-lecia wejścia Polski do Unii Europejskiej. To połączenie motywu “Mazurka Dąbrowskiego” z “Odą do radości” Ludwika van Beethovena. Tworząc w ten sposób muzyczną metaforę jedności, której, jak zaznaczyła prowadząca koncert- Anna Dereszowska- tak ciągle nam brakuje. Drugim utworem była własna interpretacja piosenek Kory i Maanamu (“Krakowski spleen”, “Kocham cię kochanie moje”).

A potem na scenę weszła Monika Borzym, którą miałam okazję zobaczyć na żywo podczas Olsztyn Green Festival w 2017 roku. Ta jazzowa wokalistka zaśpiewała, a w zasadzie zinterpretowała piosenkę “To tylko tango“. Od pierwszych usłyszanych przeze mnie dźwięków wiedziałam, że to będzie muzyczna uczta. Saksofon, trąbka, kontrabas, instrumenty perkusyjne (shaker, tamburyn, dzwonki, bębenki) tego się tak przyjemnie słuchało, że człowiek nie chciał, aby to się kiedyś skończyło 🙂

W uwodzicielską i zmysłową muzyczną podróż zabrała nas Karolina Artymowicz w utworze “Szał niebieskich ciał“. Tutaj prym wiodły saksofon i trąbka. Karolina potrafi kusić i czarować, przyznam, że było to bardzo zmysłowe doznanie, po którym człowiek naprawdę mógł się rozleniwić, zamknąć na chwilę oczy i dać się unieść subtelnym dźwiękom. Ach, to było naprawdę cudowne! I ta solówka kontrabasisty na końcu, który przyznam skradł całe show podczas tego koncertu- po prostu bajka!

W bardziej dynamiczną podróż wyruszyliśmy za sprawą Kasi Lins, która bardzo aktorsko, z odrobiną nonszalancji  wykonała piosenkę “Chcę ci powiedzieć coś“. Po występie Kasi przyszła pora na Arka Kłusowskiego i “Lipstick on the glass“. Ponownie było dynamicznie i z pazurem, tym razem za sprawą wybijających się na pierwszy plan perkusji, gitary elektrycznej i saksofonu. Monika Borzym w “Jestem kobietą” poprowadziła nas ponownie w delikatniejszy i subtelniejszy klimat. Tutaj królowała trąbka, która w dynamiczniejszej odsłowne miała także swoje pięć minut w kolejnym utworze “Wyjątkowo zimnym maju”. Trzeba przyznać, że dobór Karoliny Artymowicz do wykonania tej piosenki był strzałem w dziesiątkę. Ona naprawdę potrafi nieźle flirtować! Moją uwagę przyciągnęły tutaj znakomite instrumenty perkusyjne i solówka gitary elektrycznej!

Arek Kłusowski nie mógł zaśpiewać lepszej piosenki, w której tak bardzo widać jego emocjonalną stronę osobowości. Jego interpretacja “Nigdy nie zamknę drzwi przed tobą ” wbiła mnie w podłogę. To jego dążenie do bycia sobą mam ciągle w pamięci, jak i słowa wypowiedziane niedawno podczas koncertu na Enea Spring Break Festivalu, żeby nie osądzać ludzi zbyt pochopnie, gdyż można im wówczas wyrządzić wielką krzywdę. Rozmawiałam z Arkiem chwilę przed koncertem, był bardzo zdenerwowany, człowiek wrażliwy już tak ma, że chce wypaść jak najlepiej, bo muzyka jest dla niego sztuką a nie sztampą.

Boskie Buenos” w wykonaniu Ani Karwan było dla mnie sporym zaskoczeniem. Widziałam, że także zmaga się ze stresem, bo to przecież także osoba mega wrażliwa, która ma świadomość, z jakim repertuarem przyszło jej się zmierzyć. Mimo osiemnastoletniego już scenicznego doświadczenia Ania nadal odczuwa tremę. I mimo tego, że nie jest to przyjemne uczucie, to wydaje mi się, że świadczy to o tym, że człowiekowi zależy na tym, aby po prostu dobrze zaśpiewać i sprawić, że publiczność poczuje emocje, jakie w danej chwili nosi w sobie artysta.

Ania wyszła na scenę bardzo krucha i delikatna. Sięgnęła jednak do swojego wnętrza, z którego zaczęła wypływać jej wrażliwość. Od razu dostrzegłam, jak bardzo jest skupiona. Przyznam, że wokalnie pozwoliła sobie swobodnie popłynąć. A towarzystwo trąbki i fortepianu jej to wybitnie ułatwiało. To było wykonanie z pazurem, z charakterem, z zadziornością. Zawsze, jak jestem na koncercie Ani, to zdumiewa mnie jej wielki potencjał wokalny i talent, który w sobie ma. Ach te wysokie dźwięki! Niech najlepszym podsumowaniem będą słowa prowadzącej koncert, która powiedziała: “boskie Buenos, boska Ania Karwan”. Nic więcej chyba nie muszę pisać.

Kasia Lins w “Kocham cię kochanie moje” z kolei rozbujała publiczność. Ta charyzmatyczna wokalistka, w charakterystycznym czarnym kapeluszu na głowie wie, co to znaczy mieć swój własny pomysł na śpiewanie. Znakomita trąbka i saksofon w towarzystwie rytmicznej perkusji to była wisienka na torcie.

Na koniec ponownie na scenę wyszła Ania Karwan. Tym razem “Krakowski spleen”, a w tle dynamiczna trąbka i perkusja oraz subtelne dźwięki kontrabasu i pianina. Zaczęło się bardzo spokojnie i delikatnie. Ania prześlizgiwała się zgrabnie po tekście piosenki. A ja czekałam, aż będzie ogień, bo tak zazwyczaj u Niej jest, że delikatność przeplata się z ogniem na scenie. I przyznam, że jest to wówczas niezwykle hipnotyzujące przeżycie, bo Ania po prostu przykuwa uwagę na scenie . To, co zrobiła pod koniec piosenki, to prawdziwy majstersztyk i wielka dawka emocji. Tego się nie da nie poczuć razem z nią. Kiedy Ania śpiewa mam czasem wrażenie, że cały wszechświat na chwilę zastyga w bezruchu i wsłuchuję się w jej barwę głosu.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to tylko do tego, że zabrakło mi elementów w scenografii, na których byłaby uwieczniona Kora oraz paru słów wspomnień, choć może ten koncert właśnie miał taki być, nieprzegadany. Zaprosiłabym też więcej artystów, gdyż piątka to dla mnie trochę za mało.

Cieszę się jednak, że po raz kolejny wzięłam udział w koncercie jazzowym, bo to jest jednak zupełnie inne przeżycie muzyczne. Kiedy wracałam do Bydgoszczy już świtało, a z nieba spadał orzeźwiający, tak bardzo potrzebny naszej matce ziemi deszcz. Byłam szczęśliwa, bo muzyka po raz kolejny zabrała z mego serca lęk i mogłam na chwilę zatopić się w jej świecie.