Koncerty

Patrick the Pan- artyści z krwi i kości

 Szukając informacji o Piotrze Madeju założycielu grupy Patrick the Pan znaleźć można niewiele, że pochodzi z Krakowa, jest samoukiem, który nagrał swój pierwszy album “Something of an End” w zaciszu swojego pokoju. Przyznam, że zabrzmiało to imponująco, choć ja akurat wyznaję zasadę, że to, co najpiękniejsze w muzyce rodzi się z dala od wielkich wytwórni fonograficznych.

Piotra usłyszałam po raz pierwszy w utworze „Niedopowieści”. Chyba szukałam jakiś informacji na temat kooperacji  Dawida Podsiadło. I tak się zaczęło, delikatny wokal w „Pixelove” i zaczepny w „Chamie” w jakiś sposób mnie zaintrygował. Nie była to spektakularna bomba, ale Piotr był na tyle ciekawy, że jego muzyka pozostała ze mną na dłużej.

I tak  mijał czas a na koncert było mi jakoś nie po drodze. Aż w końcu się udało i Patrick the Pan zawitali do Poznania. Do miejsca niesamowicie oryginalnego, w którym scena jest zbudowana z kontenerów. Miejsca, w którym można odpocząć i spędzić czas ze znajomymi w dobrej atmosferze a które zwie się KontenerART.

Przyjechałam sporo przed czasem, z browarem w ręku usiadłam więc i czekałam. Nigdy przed koncertem nie piję dużo alkoholu, chcę mieć bowiem jasny umysł, a poza tym uważam, że to nietakt przyjść na koncert nawalonym.

Moją uwagę przykuł Jasio, może z 10-letni chłopiec, który przyszedł na koncert ze swoim tatą. Od razu można było wyczuć, że jest fanem, znał wiele piosenek i głośno się zastanawiał, czy Piotr zaśpiewa jego ulubiony utwór “52“, który jak  później usłyszałam od  jego taty opowiada o częstotliwości w jakiej porozumiewają się delfiny. Chłopiec koniecznie chciał sobie zrobić selfie z Piotrem, ale Tata mądrze mu wyjaśnił, że nie na tym polega muzyka. Brawo dla tego pana! Coraz częściej mam wrażenie, że muzyka przegrywa z celebryctwem a ludzie chodzą na koncerty nie dla muzyki, ale dla foty z gwiazdą, którą potem wrzucą sobie na fejsbuka i zbiorą kilkanaście lajków.

Występ rozpoczęło nieco psychodeliczne, kosmiczne intro, które zapoczątkowało gitarowe wejście piosenki „Space, 1961”. Przywitany gorącymi oklaskami, zwłaszcza Jasia, zespół brnął dalej w mroczny klimat. Piotr siedział na krześle i zapoczątkował delikatnymi dźwiękami na pianinie utwór „Dare”. Po paru taktach piosenka nabrała ostrego gitarowego brzmienia, by po chwili ponownie się wyciszyć. Muszę przyznać, że w tym miejscu band mnie zaskoczył, do tej pory bowiem kojarzyłam go z takim delikatnym graniem, a tutaj proszę dosyć mocna alternatywa, brawo!

Po drugim utworze Piotr przywitał się z publicznością i zapowiedział najnowszy album zespołu, który ukaże się jesienią tego roku i zagrał piosenkę „Cham”. Według mnie znakomity to numer, zaśpiewany nieco leniwym głosem, z subtelną bluesową gitarą i ciekawym tekstem.

Po „Chamie” zespół ponownie udał się w tajemniczą podróż, tym razem w piosence „Men Behind the Sun” , w której harmonia zmienia się w burzę, ból jest iluzją a życie poświęcone dla nauki, prowadzi do marmurowych pomników. Spodobała mi się tu solówka Piotra na pianinie i energiczne punkowe gitary.

Piotr, po zagraniu tego utworu publicznie przywitał się z Jasiem i opowiedział jak chłopiec przyjechał na jego koncert do Warszawy i podarował mu głowę świnki z angry birds, która do dzisiaj stoi u niego na komputerze. A potem zażartował, że prezenty od starszych fanów i fanek też trzyma.

Wokalista ponownie usiadł przy pianinie i w cudnym jazzowym intro zabrał nas do piosenki „Slowly”. Utworu z przepiękną gitarą w tle, w którym każde jedno mrugnięcie sprawia że cały świat drży. Spokojnie można było pofrunąć hen daleko w przestworza i po prostu odpocząć przy dźwiękach tego kawałka.

Kolejny numer Piotr napisał w ubiegłym roku w październiku, tuż po swoich urodzinach. A gdy się spędza urodziny praktycznie samemu, to można napisać bardzo wiele złych piosenek. Niestety nie zdradził jej tytułu, ale tak, bynajmniej z rozczarowaniem Piotrowi do twarzy. I notabene to bardzo dobra piosenka.

W końcu nadeszła pora na numer, po którym każdy koncert Patricka the Pana jest już z górki, czyli słynne „Niedopowieści”.

W „The Ballad of an Elephant” Patrick the Pan zaprowadzili nas do emocjonalnej klatki, w której człowiek traci swój rozum i idzie na z góry przegraną wojnę. Po czym przez chwilę za sprawą utworu instrumentalnego “Tano” znakomicie nadającego się do filmu mogliśmy się przenieść do świata obrazu.

Następnie Piotr zapowiedział kolejny singiel, który ukaże się za miesiąc, nie zdradzając jednocześnie gościa, z którym ową piosenkę zaśpiewa. Owa tajemnicza piosenka jest piosenką polityczną a opowiada o tym ile złej energii drzemie w ludziach, jeśli ktoś gdzieś wyżej zacznie wydawać polecenia.

Madej w kolejnym utworze- jednym ze swoich ulubionych „Mandala” ponownie zaśpiewał w naszym ojczystym języku, w którym także brzmi znakomicie. Piosenka bardzo klimatyczna, powodująca drżenie i dająca do myślenia głębią swojego tekstu.

Niestety godzinny koncert dobiegał końca i Patrick the Pan zagrali ostatni psychodeliczny utwór pt. „Lunatique”. Ostatni… przed bisami. Oczywiście nie mogło zabraknąć mojemu ulubionego „Pixelove”. Ponadto chłopaki zagrali jeszcze znakomity jazzowy kawałek „Lewiwa” i długo oczekiwane przez Jasia „52”, który na całe gardło krzyczał: „Nie chce dłużej już pod prąd i szczerze nigdy nie chciałem.”

Ten koncertowy czas spędzony z zespołem Patrick the Pan zabrał mnie na chwilę do świata poetyckich tekstów, alternatywnych dźwięków gitary i pianina. Band mnie zaskoczył, bo to kawał porządnego rockowego grania, połączonego z elementami bluesa i jazzu oraz nieco psychodelicznego brzmienia. Piotr Madej zmienia się w zależności od rodzaju utworu, z którym się mierzy. Jednak zawsze pozostawia swój niezatarty ślad w każdym kawałku. To artysta, z krwi i kości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *