Koncerty

Hawajska podróż z Julią Pietruchą

Julię Pietruchę jak zapewne większość osób kojarzę z serialu „Blondynka”, w którym to grała rolę zadziornej i charakternej pani weterynarz. O Julii Pietrusze wokalistce dowiedziałam się całkiem niedawno, kiedy to koleżanka Aleksandra podrzuciła mi linka do Jej paru utworów na kanale youtube.

Przyznam, że byłam w ogromnym szoku słysząc jej debiutancki album „Parsley”, który powstawał przez lata oraz podczas Jej półrocznej podróży po Azji. Tym bardziej, że został on wydany bez komercyjnego wsparcia wytwórni, bowiem Julia Pietrucha wyprodukowała go wspólnie z mężem Ianem Dowem. Można zrobić coś po swojemu i na bazie własnych przeżyć i doświadczeń? Ano można, tylko trzeba mieć pasję i chęci, żeby przekazać słuchaczom swoją wizję świata.

Julia Pietrucha jest niewątpliwie bardzo zdolną 27-latką. Do tej pory z instrumentem ukulele kojarzyła mi się tylko jedna Artystka. Teraz dołączyła do Niej właśnie Julia. Dlatego, kiedy ogłosiła swoją klubową trasę koncertową nie zastanawiałam się długo, czy się na ów koncert wybrać. Tym razem nie musiałam daleko szukać, bowiem zawitała do bydgoskiej „Estrady”.

Czym mnie urzekła? Czy tylko delikatnością i dziewczęcą nieśmiałością wręcz niespotykaną w obecnych czasach, gdzie człowiek często przeciera sobie szlaki rozpychając się łokciami? Otóż nie, poza znakomitymi lirycznymi kompozycjami granymi na ukulele, ale także na skrzypcach, kontrabasie, pianinie i paru jeszcze innych instrumentach, których nazw nie potrafię wymienić- Julia Pietrucha potrafiła także stworzyć osobliwy nastrój, który pozwolił myślę nam wszystkim zgromadzonym tego dnia w „Estradzie”, przenieść się gdzieś tam hen daleko, w rejony hawajskich wysp. Pozwoliła wysunąć twarze ku słońcu, usłyszeć szum fal i powiew wiatru. Sala koncertowa była wypełniona po brzegi, ale kiedy Julia zaczynała śpiewać to wielokrotnie panowała cisza. Ludzie po prostu złapali klimat a to nie zdarza się zbyt często. Lubimy być głośni, bo cisza kojarzy nam się ze smutkiem. Nie tym razem. Tym razem ta cisza była kojąca, była po prostu piękna.

Julia ma coś takiego w swoim głosie, co powoduje, że człowiek zamyka oczy i się uspokaja. Jednak myli się ten, kto uważa, że to taka grzeczna dziewczynka. Oj, nie, nie. To dziewczyna, która potrafi tupnąć nóżką i przywołać swoich muzyków do porządku, kiedy ich poczucie humoru zaczyna zbyt frywolnie brykać po scenie. Julia Pietrucha to też dziewczyna, która ma znakomite poczucie humoru ze szczyptą zabawnej ironii. No i Julia Pietrucha to dziewczyna, która ma bardzo interesujący zespół z Joachimem Łuczakiem na czele. Z jakiej planety to jest gościu, to ja nie wiem. Normalnie skradł koncert, ze swoimi żartami sytuacyjnymi. Tego nie da się opisać słowami, tego trzeba posłuchać na własne uszy. A przy tym multi muzyk z niego jest znakomity.  Świetnie się człowiek czuje, kiedy jest na koncercie, na którym wokalista odbiera z zespołem na tych samych falach, ale dzieje się tak tylko wtedy, kiedy coś się kiedyś razem zrobiło. Gdy się pracowało wspólnie nad albumem a kiedy nie jest się tylko elementem uzupełniającym do wokalisty czy wokalistki. Tą chemię się da wyczuć od razu a Julia ma ją ze swoim zespołem i właśnie dlatego Jej koncerty są takie dobre.

Nie będę pisać, który z utworów Julii podoba mi się najbardziej, bo Jej płyty trzeba po prostu posłuchać w całości. Kiedy opuszczałam „Estradę” jeszcze przez dłuższą chwilę moje emocje „trawiły” to, co otrzymały tego wieczoru od Julii a w sercu nadal słyszałam nuty „On my own”. I to chyba jest clue twórczości Julii Pietruchy- właśnie to on my own, bo tylko artyści, którzy robią coś po swojemu zostają zapamiętani i wtapiają się w ludzką świadomość na dłużej. Nie są masowym produktem, lecz wypieszczonym, wysublimowanym malutkim „arcydziełem”, bo powstałym z ludzkiego indywidualizmu. I to jest właśnie piękne, tym jest pasja i to jest to- co kocham.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *