Koncerty

Zwyczajne.. niezwyczajne muzyczne cuda

Koncert zespołu Sorry Boys był dla mnie jednym z tych, na które bardzo długo czekałam.  Praktycznie od pierwszego przesłuchania płyty „Roma”, w której się zakochałam. Nieczęsto się w moim przypadku zdarza, żebym znała każdy tekst z albumu i odtwarzała dany krążek aż tak często.

Tym razem jednak tak się stało. Bela Komoszyńska skradła muzycznie moje serce już chyba na amen. To jest bowiem prawdziwa artystka. Taka trochę oderwana od tego współczesnego świata rządzonego przez sztuczny blichtr i mamonę. Bardzo lubię czytać z nią wywiady, sztuka wówczas nabiera innego wymiaru. O Beli mogłabym pisać godzinami… ale w końcu to relacja z koncertu, który na nowo zapalił mnie do emocjonalnego przeżywania muzyki.

Kiedy Sorry Boys ogłosili trasę Roma Tour 2017 ucieszyłam się, że tym razem nie będę musiała daleko jeździć a koncert odbędzie się w mojej rodzinnej Bydgoszczy. W Miejskim Centrum Kultury zjawiłam się bardzo wcześnie, bo o 19.40 a koncert miał się rozpocząć o 20:00. No właśnie miał… ale tradycji ponownie stało się zadość i po ponad półgodzinnej pracy pana od realizacji dźwięku pierwsze dźwięki rozległy się o 20:40.

Zaczęło się melodyjnie, bo od „Supernowej”- moim zdaniem radiowego utworu, który z powodzeniem mógłby być grany w komercyjnych stacjach radiowych, lecz z oczywistych powodów zagrany zostanie pewnie tylko w Trójce, Antyradiu czy Muzo.fm. Tematycznie Bela przeniosła ten klimat do kolejnego utworu „Lord”, jednego z moich ulubionych. Zresztą, co ja piszę! Każdy numer z tej płyty ma swoją magiczną moc.

Po wprowadzeniu publiczności, która licznie zgromadziła się  w bydgoskim MCK-u (choć początkowo się na to nie zapowiadało) w żywsze rytmy- Bela przywitała się z fanami, ciesząc się, że ich najnowsze dziecko „Roma” ujrzało światło dzienne i mogą je dzisiaj zaprezentować na żywo.

Głośne brawa widowni zaprowadziły nas do kolejnego utworu, którym było „Volcano”. Kiedy tak stałam przed samiutką sceną i mogłam poczuć zapach muzycznego sprzętu oraz dotknąć go ręką moją uwagę zwróciły gitary. Było ich powiem 11! Pomyślałam sobie wówczas: po kiego czorta im aż tyle gitar. Przecież jak jeszcze przed południem oglądałam ich występ w Muzo.fm, to muzyków była 4! No, ale w miarę grania kolejnych piosenek zrozumiałam, po co to wszystko i że przy takiej muzyce, granej w taki sposób- inaczej się po prostu nie da. Jasne, że elementy elektroniczne były, lecz prym wiodły przede wszystkim żywe instrumenty. Prawdę mówiąc spodziewałam się tego. Spodziewałam się, że Sorry Boys pokażą wielką klasę, bo jakże by mogło być inaczej, skoro wydali tak genialną płytę?

Moją uwagę od początku przykuł pan basista- Bartek Mielczarek. Tak żywego basisty to dawno nie widziałam. Przywykłam do basistów statycznych, zadumanych, a tymczasem Pan Bartek normalnie funky’ował i skakał na scenie. Zresztą pozostała dwójka gitarzystów: Piotr Blak i Tomasz Dąbrowski także nie byli bynajmniej statyczni.

Fajnie się obserwuje, jak chemia łączy muzyków na scenie. Jestem zdania, że muzyka jest taką dziedziną sztuki, w której widać prawdę. Na koncercie od razu będziesz wiedzieć, czy ktoś jest artystą, czy tylko sztucznym marketingowym tworem stworzonym tylko po to, aby zarobić i zadowolić rozentuzjazmowane gimnazjalistki, które gdzieś mają muzykę a interesuje je jedynie selfie z gwiazdą.

Prawdziwa muzyka zawsze się obroni. Nie potrzeba jej sztucznych cycków, szokującego stroju czy ostrego makijażu albo wypiętego tyłka. To jest jedynie produkt, który serwowany jest jak papka przez komercyjne stacje radiowe i telewizyjne. Tam nie ma prawdy a jest jedynie sztuczność. Produkt nigdy nie wypadnie dobrze na koncercie na żywo. Bo po prostu tego nie będzie potrafił. Nie będzie wiedział, że na scenie zdarzają się wpadki, ale doświadczeni i profesjonalni muzycy są wstanie przerobić je na swój sukces. Tam bowiem nie ma playbacku, nie ma muzy puszczanej z kompa. Jest interakcja z publicznością i słychać każdy dźwięk zagrany na żywych instrumentach i przez konkretnych ludzi. Dlatego każdy koncert jest inny, jest jedyny i niepowtarzalny. A ludzie to widzą i to czują. To widać po ich rozentuzjazmowanych twarzach. Ich  żywiołowych reakcjach, których bynajmniej nie da się zaprogramować, bo wykonuje się je pod wpływem impulsu i energii, która płynie ze sceny.

A ta energia od Sorry Boys była ogromna, choć początkowo stonowana. Ludzie jakby potrzebowali chwili, by się wkręcić w tą specyficzną muzykę, w której prym wiodły gitary i moje ukochane bębny w wykonaniu Maćka Gołyźniaka. Ta specyfika objawiła się chociażby w utworze „Roma”, o którym pięknie powiedziała Bela: „Że to jest taki utwór, który uspokaja ją duchowo. Uspokaja ją myśl, że ta nasza codzienna droga do upragnionego prywatnego Rzymu codziennie posuwa się o kilometr mentalny, nawet jeżeli tego nie czujemy i wydaje nam się, że stoimy w miejscu lub robimy kroki wstecz, ale dopiero po pewnym czasie zaczynamy odczytywać drogowskazy, których wcześniej nie widzieliśmy i zaczynamy rozumieć ich znaczenie i to są takie bardzo przyjemne momenty olśnienia. Takie małe, zwyczajne cuda… (które wybrzmiały parę chwil później)”.

Za co ich szanuje i uwielbiam? Właśnie za tą dwutorowość: za cudną lirykę, taką jak w „Romie” czy „Mieście Chopina” i za gitarowe szaleństwo jak choćby w „The Sun”, “This new world“,  ‘Evolution”, czy „Zimnej wojnie” zagranej na bis.

Te 19 utworów zagranych tego wieczoru utwierdziło mnie w przekonaniu, że będę walczyć o prawdziwą muzykę, a moim orężem będzie słowo. Bo o prawdziwe emocje i doznania w życiu po prostu warto walczyć i warto ich doświadczać. Dawno nie pochłonął mnie koncert tak bardzo, że w pewnym momencie odstawiłam aparat do torby i zamknęłam po prostu oczy i dałam się ponieść dźwiękom gitary, bębnów i cudnego głosu Beli. Mam coś takiego, że słyszę poszczególne instrumenty i kocham to ich współbrzmienie. Kocham tą harmonię, bo mogę wówczas totalnie odpłynąć. Wiem, że nigdy nie da mi tego muzyka komercyjna, której nie jestem wstanie usłyszeć, bo wszystko zlewa się w jedno.

Sorry Boys ponieśli nas wszystkich. Daliśmy się ponieść magii ich muzyki i bynajmniej nie było nam jej wszystkim dosyć. Mieliśmy ogromny niedosyt… Ciągle chcieliśmy więcej i więcej… A po „Mieście Chopina” zagranym na instrumencie, o którym nie miałam pojęcia, że istnieje (jakieś pudełko drewniane z klawiszami i korbką) moje oczy i zmysły zatopiły się w tych znakomitych muzycznych doznaniach.

Uwielbiam odkrywać nowe instrumenty, to jest doprawdy fenomenalne, że człowiek potrafi odleźć w sobie taką twórczą pasję i podarować ją drugiemu. Na takie wydarzenie po prostu nie wypada przyjść na wkręta. Trzeba kupić bilet, by z otwartą gębą chłonąć to, co prawdziwy artysta ma ci do zaoferowania. A artystką Bela Komoszyńska jest niebywałą, o czym ponownie mogłam się przekonać, kiedy opowiadała o powstaniu piosenki „Alleluia”, którą stworzyła na bazie inspiracji książki Thomasa Manna „Czarodziejska góra” o potędze ludzkiego ducha.

Cóż mogę więcej napisać o tym zwyczajnym-niezwyczajnym koncercie? Aż  boję się kolejnych, gdyż Sorry Boys powiesili poprzeczkę tak wysoko, że doprawdy niewielu artystów będzie wstanie im dorównać. I nie są to bynajmniej słowa napisane na wyrost. To była prawdziwa profeska, zero amatorszczyzny, czy lekceważenia, o czym świadczyły nieustające brawa po jego zakończeniu. Cieszę się niezmiernie, że Sorry Boys mnie nie zawiedli. Ogromne podziękowanie z mojej strony za ten koncert, bowiem na długo poztostanie mi on w sercu i w pamięci. Zresztą nie tylko mi. Kiedy wracałam do domu, po drodze minęły mnie dwie panie w białym garbusie, które na full puściły utwór „Wracam” i śpiewały na maksa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *